Tak, wiem, „robię spoiler”, czyli z angielska psuję seans tym, którzy jeszcze tego filmu nie widzieli. Nie warto, dłużyzny jak cholera, a i tak prawie wszyscy giną lub umierają. Poza tym prawie nic z tego filmu nie zrozumiałem, może poza pobocznym wątkiem miłości pomiędzy androidem a hologramem. Miłości oczywiście nieszczęśliwej, bo pomimo że w filmie pominięto jej paranoiczny aspekt, to przecież taka miłość nie może się udać z definicji.
Czyż my – uwaga, będzie tęga parabola – niespełnieni artyści-fotografiści-AT-iści nie jesteśmy-że w sytuacji takiego nieudacznika-androida zakochanego w hologramie? Obiekt naszej miłości został niecnie unicestwiony przez złowrogiego Komendanta, zrazu przyjaciela, a potem mordercę. Bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, niespodziewanie i nieodwołalnie – bach! – Było AT i nie ma AT. To było gorsze od wbicia wężyka spustowego w plecy, od otrucia rodinalem, od skazania na dożywotnie fotografowanie na materiałach patologicznych. Po tym haniebnym akcie moja wyobraźnia z upodobaniem rysowała posępne postacie osieroconych i pogrążonych w nieutulonym żalu, snujących się bez celu po świecie AT-istów.
Aż tu nagle! Tak jest, każda historia o należycie skonstruowanej dramaturgii musi mieć ten moment w którym odbiorca nudzi się, może nawet przysypia, myśli że już nie wydarzy się nic ciekawego. Znacie to: nic się nie dzieje, nuda, aż tu nagle cały na biało wjeżdża on – i mówi: będziecie znowu mieć swoje AT, moja w tym informatyczna głowa. Jaka radość zapanowała w wtedy Polsce! Prognozy od razu zmieniły się na lepsze. Smog stał się mniej dokuczliwy, polityczne awantury jakby cichsze i nawet komentarze na Facebooku wydały się mniej durnowate niż zwykle. Mało tego, niektórzy niewcześnie optymistyczni AT-iści wyciągnęli z dna szaf, z zapyziałych kufrów i ciemnych piwnic prawie zapomniany już sprzęt do fotografii analogowej. Jęli wertować książki Cypriana i Dederki żeby sobie przypomnieć jak ładuje się kliszę, z której strony przykłada aparat do oka i czy w ogóle aparat jest niezbędny do zrobienia zdjęcia.
Sprawy jednak przeciągały się, ten który dał nadzieję odjechał na białym koniu, być może inne królestwa ratować, innej księżniczce nieść wybawienie, z innymi smokami boje toczyć. Trwało to tak długo, że nawet najbardziej wytrwali AT-iści pochowali z powrotem swoje aparaty do kufrów, co bardziej zniechęceni wystawili je za bezcen na allegro i ebayu, a książki o fotografii oddali na makulaturę. Co prawda od czasu do czasu docierały niepotwierdzone informacje, że jest, że działa, że walczy w naszym imieniu i o naszą – słuszną przecież – sprawę. Kto by jednak wierzył w plotki tym bardziej, że pojawiały się już od tak długiego czasu, że – zdało się w końcu – nic poza plotkami nie ma. Doszło do tego, że niektórzy zaczęli zgoła wątpić – nie tylko w powstanie nowego AT, ale też w istnienie starego. Ponoć nic w internecie nie ginie, a tu proszę, było AT i nie ma AT (że się powtórzę). To tak jakby nie było go w ogóle. Starzy AT-iści nie tylko zwątpili, ale też i nabrali przekonania, że AT nigdy nie istniało. Podpytywani podstępnie przez dziewczyny nasłane na nich przez służby albo wręcz brutalnie przesłuchiwani po gwałtownym zwinięciu z ulicy w samym środku miasta, zgodnie ze swoją najszczerszą intencją i najlepszą wiedzą odpowiadali, że w swoim sędziwym życiu o AT nigdy nie słyszeli! Tak jest, czas jaki upłynął od zdradzieckiego wyjęcia wtyczki przez Komendanta był na tyle długi, że nikt już o starym serwisie nie pamiętał.
Aż tu drugie nagle! Pewnego umiarkowanie pięknego dnia serwis otworzył się na użytkowników. Bez bicia w dzwony, bez honorowej obecności Tych Co Zawsze, bez piwa i konfetti. Na razie skromnie, w ograniczonym zakresie i ze znikomą liczbą potencjalnych awanturników. Najwierniejszych. Z dostateczną dozą paranoi, żeby uwierzyć, że oddany właśnie do użytku holograficzny byt to reinkarnacja dawnego AT. To ci, którzy ukochali nade wszystko ten widmowy, wirtualny kawałek internetu zdeptany przez Komendanta z taką samą zbrodniczą brutalnością z jaką Luv zdeptała emanator z Joi (kto oglądał wspomniany na początku film rozumie barbarzyństwo tego gestu).
Jeżeli ktoś tedy wątpi, że niebawem ludzie będą zakochiwali się w maszynach, programach komputerowych i gumowych lalkach wypełnionych śrubkami i trybikami to tu ma przedsmak tego, co czeka naszą cywilizację w niedalekiej przyszłości. Myślisz: pochwalę się zdjęciem na „nowym AT” – a tymczasem bierzesz udział w destrukcyjnym procesie cywilizacyjnym. Bo to się nie może udać. Holografia to miłość bez przyszłości, owszem, wróżę jej sukces, niedługo innej znać nie będziemy, ale powtórzę: to się nie może udać. Źle się dzieje, kiedy człowiek przywiązuje się do kawałka internetu tak silnie, że tęskni, spać po nocach nie może, a w porywie desperacji, a może i szału bierze notatnik i zaczyna szkicować klona utraconej miłości. Źle się dzieje kiedy inni również nie mogąc spać po nocach, chudnąc i rozpijając się, czekają na ukończenie prac. I źle się dzieje jeżeli wydaje nam się, że stworzenie klona to odzyskanie miłości.
Oczywiście łatwo powyższe głupoty wziąć w nawias i po prostu cieszyć się z reinkarnacji AT. Sam zamierzam to zrobić, a świętowanie swoje wyrazić spacerem z aparatem twarzowo uwiązanym do szyi. Tak jest, wykopałem go z szafy, tak jest, przypomniałem sobie jak się fotografuje, tak jest, będę szacowne grono AT-istów zadręczał swoimi knotami. Bo to jest jedna z największych tajemnic człowieka: wiedzieć jak jest naprawdę, a mimo to działać jakby się nie wiedziało. Jako pierwszy powiedział to Cioran, ale równie dobrze mógł być to Sofronow cytowany przez Anioła.

Komentarze 0
Najnowsze najpierwBrak komentarzy. Bądź pierwszy i skomentuj ten felieton!