Niech pretekstem do rozważań będzie ten tekst sprzed kilku lat. Jest on w gruncie rzeczy optymistyczny, traktujący o tym, że studia fotograficzne są jak drabina: niezbędne, żeby wspiąć się na górę, ale do odrzucenia kiedy już się "zrozumie". Co do wspomnianych w tekście książek to mam odwrotne odczucie: Barthesa czytało mi się łatwiej od Dederki. Może mam większą wprawę w czytaniu takich tekstów, ale nie uważam, żeby to była "trudna książka", którą się "źle czyta". Wręcz przeciwnie, to świetnie napisany esej. Mało tego - to właśnie jej lektura sprawiła, że wyżebrałem u znajomej na miesiąc starego zenita i wybrałem się w miasto szukać własnego punctum. Wcześniej nie wiedziałem nawet z której strony przykłada się aparat do oka.