Wywołałem swoje pierwsze 5 kliszy (Illford HP5, IllfordPan100/400).
Chemia od Illforda (D11 + ichni utrwalacz).

Pierwsze dwie klisze pukane w Zenicie 11, leżały w lodówce od zimy - wyszły idealnie (tzn. dobrze naświetlone i wywołane, nie żeby cokolwiek się chwalić).
Kolejne 3... dziwnie.
Pierwsza z tych trzech - w połowie OK (wyrywkowe kadry), połowa wyraźnie niedoświetlona.
Druga - pojedyńcze sztuki (20%) poprawnie, reszta niedoświetlona.
Trzecia - tragedia, 90% do kosza, nic nie widać prawie.

Zgodnie z dyspozycjami producenta chemii każda kolejna klisza wołana o 10% dłużej. Chociaż przyznam bez bicia, że nigdy nie mogłem "zatrzymać się" na zalecanych 20 st.C i zawsze było +/- 1-2 st.C. Korygowałem to +/- 10% za każdy stopień odchyłu.

Te kolejne trzy pukane w Pentaxie P30, z nowokupionymi filtrami Cookinowymi żółtym i pomarańczowym.
Pentax raczej OK, bo kolorowe klisze były wszystkie OK, chociaż głowy już pod topór nie położę.

Moje pytania:
1) Wywoływacz powinien wystarczyć na 10 kliszy w-g producenta. Czy możliwe, że już siadł lub że go jakoś zepsułem? (chowany w nieprzezroczystej butelce Kaiser, nie harmonijkowej), w temp. pokojowej, zlewany przez osobny lejek. Jak sprawdzić czy się jeszcze do czegoś nadaje żeby ewentualnie nie zepsuć kolejnego filmu?
2) Czy możliwe, że namieszały tu filtry Cookin? One nie przylegają tak jak "normalne", więc czy np. bokiem może wpadać światło i zafałszowywać wynik pomiaru?
Robiłem w-g wskazań światłomierza uważając, że skoro mierzy TTL to uwzględni filtr przed obiektywem.

Jestem wściekły. Tam, gdzie oczekiwałem najlepszych efektów jest wielkie nic :-(.
Szukam winowajny w kolejności: chemia, proces, filtry, aparat, mła-osobista.
Wstępnie stawiam na chemię lub proces wywoływania.