Zaraz północ, spać się nie chce, pracować też nie. Myśli mnie naszły przeróżne więc postanowiłem otworzyć taki oto temat. Napiszcie o sytuacjach, gdy mogliście kupić jakiś foto-sprzęt, ale nie zrobiliście tego bo: coś tam, coś tam, kasy za mało itd... a później żałowaliście.
Moja historia jest taka. Jakieś osiem lat temu na targu staroci w Częstochowie pojawił się facet, który wśród całej góry przeróżnych rupieci miał Rolleiflexa. Piękny egzemplarz. Obejrzałem dokładnie, optyka bez ryski, migawka działa w całej rozpiętości, ostrość na nieskończoność OK, okleiny kompletne i w świetnym stanie. Żadnej rdzy ani ubytków lakieru. Nie wiem z którego roku był to model, ale wyposażony był w Tessara z powłokami. Od jakiegoś czasu marzył mi się Pentacon Six luk Kiev, bo ogólnie przymierzałem się do średniaka systemowego, jednak gdy zobaczyłem ten aparat, musiałem zapytać o cenę. 300 zł usłyszałem. Zaraz uświadomiłem sobie, że gość nie bardzo wie co sprzedaje, bo za Starta w takim stanie niektórzy wołali 180 zł. Decyzja zapadła w 3s. Już biegłem po kasę do chałupy i gdyby nie kumpel który ze mną tam był... Powiedział on, że koleżanka ma Pentacona Sixa w idealnym stanie, i chce za niego 250 zł. Dobra, pomyślałem, taniej i systemowo, tak jak chciałem. Rolleiflex odjechał, a ja w duchu zacierałem ręce na Sixa za 250 zeta w stanie perfekt. Wkrótce okazało się że koleżanka sprzedała Sixa już jakiś czas temu za 600zł, bo był naprawdę w świetnym stanie. Czarę goryczy dopełnił serwis Allegro, na którym zobaczyłem realną wartość Rolleiflexa w bardzo dobrym stanie. Szlag mnie trafił, wszystkie pioruny sierczyste, łogniste! 
FED - niemiecka precyzja, radziecki temperament!