Zdarzyło się wam kiedyś, idąć ulicą, trafić na troglodytę, który chcąc zamanifestować swoją supremację, używa swojego ciała jako taranu, a w szczególności, co się tyczy ramion? Swoim pytaniem zwracam się tutaj raczej do mężczyzn, bo kobietom troglodyci prawodpodobnie inaczej okazują swoją władzę. Ich ofiarami na ulicy są na ogół osoby wątłe, niedożywione i chronicznie blade, wypisz wymaluj, takie jak ja.
Otóż idziemy sobie wczoraj wieczorem z Anią ulicą w ramach wyznaczonych przez lubelski plener. Jak przystało na dżentelmena, na ramieniu dźwigam Manfrotto damy. Ciężka, bestia, ale nie narzekam, bo nie chcę, żeby Ania pomyślała, żem mięczak. Z przeciwka zbliża się – kto? Oczywiście, że tak. Nie będzie nagrody za poprawną odpowiedź. Instynktowny unik z mojej strony i lekkie szarpnięcie szelki od statywu. Daleko w miasto niósł się potem nasz gromki śmiech z frajera, który chciał mnie zrzucić z obranego azymutu, a zaliczył odnóżem Manfrotta prosto w brzuch.
Twardy był jednak (frajer, nie Manfrotto, choć Manfrotto też). Nawet się nie odwrócił. Udał, że nie poczuł (fajer, nie Manfrotto, bo Manfrotto nie).
Wstęp do wątpienia