Slowo "Tradycja" napisalem z duzej, bo to - badz co badz - imie...
Zakladam nowy watek, do ktorego pies z kulawa noga pewnie nie zajrzy, a jak zajrzy, to szybko zawroci. Ale nie szkodzi.

Van Dyke Brown to proces tradycyjny (a nie zaden "alternatywny", bo niby w stosunku do czego?) i kazdy moze sobie o nim przeczytac tutaj oraz na przyklad tutaj, wiec nie bede go opisywal raz jeszcze.

Zabawa z VDB jest fascynujaca i przynosi nienajgorsze rezultaty bez wielkiego nakladu sil i srodkow finansowych. Na razie jednak sam jestem w fazie raczkowania, wiec nie bede sie wymadrzal. Dosc powiedziec, ze wciagnelo mnie to od pierwszej proby, bo jest to... (niech mnie skreci, jesli klamie) procedura jeszcze bardziej magiczna niz ciemnia.

Mam na poczatek kilka pytan do osob, ktore z fazy raczkowania juz wyrosly. Zaczne tak jak zwykle, czyli od tylu:

1) W miare utrwalania (rozcienczylem tak jak kaza, 5+100) na randzie obrazka tworzy sie postepujacy ku srodkowi nalot jasnego koloru. Tak to przynajmniej wyglada. Co to takiego i jak tego uniknac?

2) Jak wzmoc kontrast gotowego wandajka? Czy to sie w ogole praktykuje?

3) Twierdzi sie, ze najlepsze rezultaty daja "mocne" negatywy. Porobilem dzis kolejnych pare testow i mysle, ze i "normalne" negatywy zdaja egzamin. Czy ktos ma w tej mierze doswiadczenia?

4) Jak ocenic, kiedy ekspozycja jest wystarczajaca? Czy trzeba sie po prostu nauczyc szacowac naswietlanie "na oko", otwierajac kopioramke?

No, na dzis chyba dosc. Pozdrawiam Wszystkich i zycze przyjemnej niedzieli.

Post był edytowany 2009-09-27 11:36:44