implicite

14.10.2020 11:47:32

Feljeton pierwszy raz opublikowany na pierwotnym AT 2016-05-19 o godz. 21:20:09.

   Jakiś czas temu zepsuł mi się w cyfrowym aparacie lustrzanym telewizorek do podglądu zdjęć. Odmówiła też współpracy połowa przycisków, szczęśliwie służących głównie do przeglądania i kasowania zdjęć. Aparat wciąż robi to, do czego jest w podstawowy sposób przeznaczony, czyli umożliwia fotografowanie. Jednakowoż, żeby ocenić efekty, należy wpierw zawartość karty pamięci zgrać na dysk twardy komputera. Aparatu nie naprawiam, bo i po co? Jest już wysłużony (w cyfrowym standardzie siedem lat to kilka epok) i używany raczej rzadko, bo przecież mam na pokładzie świetne aparaty analogowe, poza tym utrata podglądu nie wpłynęła negatywnie na komfort fotografowania. Szybciej zatem kupię nowy aparat cyfrowy, niż naprawię stary (tylko po co kupować, skoro mam na pokładzie świetne aparaty analogowe).
    Uwagę o tym, że brak podglądu zdjęć nie wpłynął na brak komfortu w fotografowaniu zapewne z aprobatą przyjmie większość fotografujących aparatami tradycyjnymi, choć doprawdy ciekawi mnie, ilu ze zrozumieniem. Wszyscy znamy przekonanie, że jeżeli umie się fotografować, to dobór sprzętu nie ma znaczenia i ten, kto potrafi fotografować aparatami analogowymi, także na karcie pamięci nie będzie marnował miejsca pstrykając bez sensu.
    To jedna z głupszych fotograficznych „prawd” rozpowszechnionych w internecie, choć jej szkodliwość trudno mi jest ocenić. O ile bowiem ktoś, kto potrafi robić zdjęcia, będzie robił dobre bez względu na trzymany w dłoni rodzaj sprzętu, to jednak nie wiadomo, czy byłyby to takie same zdjęcia. Wolno sądzić, że różne. Jednym z aksjomatów epistemologii jest teza, że dobór narzędzia, jakiego używamy, wpływa na naszą świadomość, a pośrednio i na wykonaną narzędziem pracę. Z aksjomatem można polemizować, ale raczej bez sukcesu. Narzędzie oddziałuje na nas bardziej, niż, zadufani we własne umiejętności, jesteśmy w stanie przyznać. Mówiąc łopatologicznie: od tego, jaki weźmiemy do ręki aparat, w dużej mierze zależy to, jakie zrobimy zdjęcie.
    Każde narzędzie posiada określone funkcje, które powiększają obszar naszych możliwości. Dzięki temu możemy wykonać określony zestaw zadań. Po jakimś czasie zaczynamy myśleć o narzędziu w kontekście jego funkcji. Naiwnością jest sądzić, że jesteśmy w stanie zachować niezależność myślenia i dysponować swoimi umiejętnościami korzystania z niego w oderwaniu od tego, co ono oferuje. Jeżeli przesiądziemy się z hulajnogi na ferrari, raczej nie będziemy jechać tak, jakbyśmy wciąż trzymali w dłoniach kierownicę od hulajnogi, bo skoro umiemy jeździć na hulajnodze, to nie musimy iść na łatwiznę i popisywać się przyspieszeniem do setki w trzy sekundy, etc.
    Aparat analogowy uczy uważności, a z powodu swojej konstrukcji i pojemności filmu zmusza do gruntownego przemyślenia każdej klatki. Zwracam uwagę na słowo „zmusza” – ono nie ma nic wspólnego z naszymi umiejętnościami, ale wiele z ograniczeniami używanej przez nas technologii. Biorąc do ręki aparat cyfrowy z pojemną kartą przestajemy być „ograniczani” i „zmuszani” przez technologię. Rzec można – dopiero wtedy otwierają się przed nami możliwości. Możliwości niczym nie ograniczone rychło przekształcają się jednak w anarchię, zatem ograniczenia i przymus powinniśmy odnaleźć w sobie. Teraz to my powinniśmy umieć postawić granicę kompulsywnemu naciskaniu spustu migawki, tak jak w przypadku fotografii analogowej tą zewnętrzną wobec nas granicą był (jest) koniec filmu.
    Jest jednak niedorzecznością traktować aparat cyfrowy jak aparat analogowy, tyle że cyfrowy. Posłużę się przykładem. Spójrzcie na to zdjęcie.






















    Jedno z ulubionych, jakie zrobiłem aparatem cyfrowym – i zarazem jedno z kilkudziesięciu, jakie zrobiłem tej kobiecie. W biurowej garsonce i z plączącym się między nogami odkurzaczem wyglądała nadzwyczaj komicznie. Mając w aparacie ładunek trzydziestu sześciu, albo nie daj Boże, dwunastu klatek, byłbym nadzwyczaj ostrożny w wyzwalaniu migawki, i być może przepadłaby mi możliwość zrobienia tego właśnie kadru. Właściwie wiem z całą pewnością, że nie zrobiłbym takich samych zdjęć (kwestię ich liczby pomijam). Na karcie pamięci miałem jednak sporo miejsca, trzaskałem tedy migawką bez opamiętania wiedząc, co chcę uzyskać i nie przejmując się tym, że w walce o efekt zdaję się na statystykę. Przekonanie, że świadomy fotograf jest w stanie w dynamicznej scenie trafić we właściwy moment jednym pociągnięciem spustu, to kolejne internetowe głupstwo. Koniec końców, nawet on nie jest jasnowidzem i nie wie, czy scena, której właśnie zrobił „decydujące” zdjęcie, za chwilę nie ustawi się do jeszcze bardziej decydującego momentu. Ale za późno, on swoje zdjęcie już zrobił!
    Co do mnie, nie zrobiłbym tego zdjęcia, gdybym myślał jak ktoś, kto fotografuje aparatem analogowym. Owszem, użycie określonego sprzętu niejako wymusza na nas określony sposób myślenia, ale i my – starając się zachować do tego dystans – winniśmy umieć dopasować sposób myślenia do używanego akurat sprzętu. Oto mądrość fotografowania. Jakże odmienna od tej, którą oferują nam „mędrcy” przekonujący, że nie ma znaczenia, jakim sprzętem fotografujemy, bo fotografowanie jest jedno!
    To, jakie zrobimy zdjęcia, zależy od tego, jaki aparat trzymamy w dłoniach. Kiedy tak to przedstawimy, wydaje się to trywialne, ale nie zapominajmy, że idzie to w kontrze do wspomnianego na początku głupstwa, że dobry fotograf nie zważa na trzymany w dłoni sprzęt, tylko robi zdjęcia.
    I tutaj – pozwólcie, że przewrotnie wrzucę kamień do własnego ogródka – przypomniała mi się historia opowiedziana przez znajomego fotografa. Spotkał kiedyś fotografkę, która, wrzucona w sytuację fotograficzną, wzięła do ręki podsunięty jej aparat i nie zważając na jego parametry, jęła robić zdjęcia. Bo pasja była najważniejsza. Pasja i intuicja. Pasja, intuicja i wrażliwość. Pasja, intuicja, wrażliwość i umiejętności. Aparat był tu najmniej ważny. Pamiętajmy jednak, że i kamień może urodzić mysz, gdyby podsunięto jej aparat analogowy, przygoda zakończyłaby się zaraz po rozpoczęciu; innymi słowy, szczęśliwie złożyło się, że entuzjazm fotografki i możliwości aparatu uzupełniły się.
    Od lat stoję na stanowisku, że jeszcze nikt nigdy nikogo do niczego nie przekonał. Nawet racjonalne argumenty nie przekonają tedy kogoś, do kogo „czucie i wiara silniej przemawia, niż mędrca szkiełko i oko” (sami, mądrale, poszukajcie źródła cytatu, Google dzisiaj z każdego potrafi uczynić erudytę). Zachłyśnięcie się fotografią tradycyjną skutkuje bezkrytycznym przyjęciem stanowiska, że bez reszty panujemy nad narzędziem, bo jedyna licząca się potęga – to potęga naszej wiedzy i świadomości.
    Wszystkim niedowiarkom i uparciuchom proponuję bezbolesny eksperyment myślowy. Wyobraźcie sobie, że na środku pokoju, w którym czytacie niniejszy felieton, znajduje się pluszowy pingwin. Prośba jest taka, żeby go nie ruszać do jutra. Trudno, jakoś się go będzie obchodziło, uciążliwość, to prawda, ale raczej nikomu nie zakłóci snu. A teraz wyobraźcie sobie, że zamiast niego położono minę. W zasadzie niegroźną, wystarczy ją omijać, żeby nie wybuchła. Ilu z was mogłoby z tą świadomością spokojnie zasnąć?
    To tyle w kwestii iluzji, że świadomość pozwala nam panować nad środowiskiem. Dobranoc.

marek1953

15.10.2020 09:07:03

Ta mina warta pingwina. Oprócz aparatu liczy się materiał światłoczuły, który zawsze był albo tańszy albo droższy. Nie pamiętam by kiedykolwiek było mnie stać na kupowanie filmów w dużych ilościach. O umiejętności wykorzystania walorów filmu nie wspominam. Mogę tylko naśladować innych. 

implicite

15.10.2020 20:12:12

Ja również nie należałem nigdy do tych, którzy nadwyżkę zamiast kupić złoto lub działkę inwestycyjną pieniądze lokowali w filmach. A są przecież tacy, którzy zrobiwszy wyprzedaż zawartości lodówki odzyskaliby - nomen omen - zamrożony spory majątek.

szable

25.10.2020 11:54:45

Zdecydowanie aparat może przeszkadzać lub pomagać w robieniu zdjęć.  A miłość do aparatu (systemu) zaczyna się właśnie wtedy, gdy statystycznie większość kadrów po wywołaniu i obejrzeniu n-tej wglądówki, pokrywa się z kadrami które pojawiły się w głowie, przed naciśnięciem spustu migawki.  Ja tak mam. Patrzę sobie na wglądówkę i myślę: --k.wa! o to mi przecież właśnie wtedy chodziło!!!
Nie wiele jest takich aparatów (systemów). Właściwie to bardzo mało takich znam.  I nie chodzi tu stricte o to który producent dał nam ostrzejsze szkła. Mam na myśli całokształt. 

skpt

19.11.2020 21:37:02
Lektura po raz kolejny pchnęła mnie w rozmyślania o rezygnacji i jej roli w życiu. Czy bez umiejętności godzenia się ze stratą można w ogóle być szczęśliwym? Czy można cokolwiek osiągnąć? Prawie każdy dokonany wybór zamyka możliwości, redukuje dostępne ścieżki. Opanowanie zdolności godzenia w sobie tych rezygnacji chyba jest podstawą wszelkich działań pomyślnych. Ciągle wracając do dokonanych wyborów nigdzie się nie dojdzie. Tak samo chyba z narzędziami. Przed wyborem pomyśleć po co nam to narzędzie i czy na pewno takie. W razie potrzeby zaprojektować test, który zweryfikuje wątpliwości. Po wyborze już nie wracać do niego. Pogodzić się ze wszystkim stratami z niego wynikłymi. Zamiast żałować czegoś, czego zrobić nie jesteśmy w stanie, myśleć jak wykorzystać dobrze to co mamy. Jak wykorzystać czas dany. Tu. Teraz. Pewnie, że efekt będzie różny zależnie od narzędzia, które trzymamy w dłoni. Ale czy będzie gorszy lub lepszy? Nie jestem przekonany. Na ogół będzie po prostu proporcjonalny do stopnia zgody w sobie na stratę tych wszystkich narzędzi, których nie trzymamy akurat w ręce, czyli po prostu spokoju w sobie.