implicite

25.03.2020 21:01:37

   Dawne czasy, kiedy myślałem, że aparaty analogowe to głównie Zenity (te gorsze) i Praktiki (te lepsze). Aparaty średnio i wielkoformatowe, wszystkie te „dwururki” i miechowce wydawały mi się zbędną fanaberią, nieuzasadnionym ekscentryzmem, albo zgoła płaskim szpanerstwem. Nie miałem większego pojęcia, że aparaty małoobrazkowe, to dużo więcej, niż wymienione cuda radzieckiej i wschodnio niemieckiej techniki. Nie miałem też pojęcia, że fotografia tradycyjna to dużo więcej, niż aparaty małoobrazkowe. Ignorancja to świetny moment na zakochanie się, bo miłość – wiadomo – ślepa jest.

    Nigdy nie wiesz, gdzie znajdziesz swoją miłość i w kim się zakochasz. Czasami – zakochasz się przez przypadek. Czasami – przypadek zakocha się w tobie, przeważnie nazywamy to wtedy pechem. Kiedy już wiedziałem, że poza Zenitem i Praktiką jest jeszcze inny świat, postanowiłem go poznać i znaleźć swojego świętego Graala aparatu małoobrazkowego. Znaleźć aparat idealny.

    Według Platona idee to byty doskonałe, na podstawie których zostały stworzone (metodą nomen omen „analogową”) odpowiadające im rzeczy ziemskie, z natury swojej niedoskonałe. Skąd Platon wiedział o istnieniu idei, tego już nie powiedział, ale doświadczenie podpowiada, że mogło być tak: patrzymy na niedoskonałe rzeczy i suponujemy sobie, że musi „gdzieś” istnieć ich idealny wzorzec, matryca. Jedni w takiej sytuacji szukają mitycznej Jedni, z której wszystko się wywodzi, inni poprzestają na mniejszym i szukają aparatu idealnego. I to nie w zaświatach, ale najsamprzód na specjalistycznych stronach internetowych, a potem choćby na Allegro.

    „Drogą donikąd można jeszcze wrócić” – mówi popularne porzekadło. Drogą od rzeczy do idei też można wrócić i napotkać doświadczenie. Wychodząc od doświadczenia napotykamy różne idee rzeczy, bo mamy różne doświadczenia. Platońskie idee są jednak pojedyncze, a różne są niedoskonałe przedmioty skonstruowane na ich obraz i podobieństwo. Być może to świadczy o wielkości platońskiej koncepcji, o jej chłodnym, estetycznym pięknie (choć może też świadczyć o naiwności filozofa podnoszącego własne, indywidualne doświadczenie, do kategorii uniwersalnej). Tymczasem gdzie trzech fotografów, tam przynajmniej cztery koncepcje aparatu idealnego, przy czym jeden z fotografów może wcale nie otwierać ust.

    Nie jestem platończykiem, nie jestem nawet fotografem, ale swoją wizję idealnego aparatu małoobrazkowego też miałem. Nader skromną, ale jak się okazało, jej zrealizowanie było mocno problematyczne. Niech to będzie aparat w pełni mechaniczny. Niech najszybszy czas to będzie minimum 1/1000 sek. Niech ma jasną matówkę z klinem (koniecznie!). Niech ma diodowe wskaźniki światłomierza. Niech ma też (tak!) mocowanie obiektywowe M42. Skąd ta ostatnia fanaberia? Z doświadczenia, które – często o tym zapominamy – może być doświadczeniem niewłaściwym. Miałem sporą ilość obiektywów z tym mocowaniem, które zresztą cudownie dawały się podpinać do mojego cyfrowego Canona, i chciałem móc z nich korzystać także w moim idealnym aparacie analogowym. Tyle. Skromnie, prawda? Co do pozostałych cech zdałem się na intuicję, bo nie zamierzałem robić szczegółowej listy długości ulotki do syropu na kaszel. Znalezienie aparatu spełniającego rzeczone wyżej wymagania okazało się trudne, a nawet beznadziejne. Moje oczekiwania prawie spełnił jedynie Revueflex SC1. Miał i klin i diody. Co prawda okazał się ciężki jak dowcip Szymona Majewskiego na Facebooku („Jak się nazywają wąskie oczy? Szpargały”), ale waga lustrzanki małoobrazkowej nie jest jej cechą istotną. Gorzej, że diody były na zewnątrz wizjera, co w ostrym słońcu czyniło wbudowany światłomierz równie użytecznym, co narty wodne na pustyni. Sporą wadą rzeczonego aparatu okazał się też zbyt sztywny spust migawki. Spuszczenie go do połowy celem pomiaru światła często skutkowało nieostrożnym spuszczeniem go do samego dołu i przypadkowym zrobieniem zdjęcia. Zniechęcony, zabierając na zdjęcia aparat, zabierałem i zewnętrzny światłomierz. Nie było sensu psuć sobie nerwów i klatek. Poza tym to solidny, mocny aparat, który trudno uszkodzić i choć nic mi nie wiadomo, żeby kiedykolwiek przeprowadzono na poligonie odpowiednie testy, to podejrzewam, że pancerz ma równie solidny, co wczesne modele Zenitów i późne modele T34.

    Aleja nieotym.

   Przypadek rzucił w me ramiona Yashicę FX-3 Super. Wtedy poza Zenitami i Prakticami mało jeszcze w życiu widziałem aparatów i być może stąd mój bezkrytyczny zachwyt nad aparatem, w którym wszystko było na swoim miejscu. Spust delikatny jak japoński jedwab, zresztą równie przyjemny w dotyku. Czytelne, wbudowane w wizjer diody. Ogromna matówka z pięknym klinem, skośnym niczym oczy gejszy. No tak, aparatka miała też mocowanie bagnetowe Yashica/Contax, ale moja Jasia przybyła do mnie z redukcją na M42, co w moich oczach tylko podnosiło jej atrakcyjność. Wystarczyło wymontować gwint przejściowy i już mieliśmy do dyspozycji bagnet gotowy na przyjęcie najprzedniejszych szkieł w rodzaju Carla Zeissa T*. Sama Jasia okazała się przy tym drobna i delikatna jak gejsza, ale z równie wyrobionym charakterem. Aluminiowa konstrukcja zgrabnie dawała się zamknąć w moich również drobnych dłoniach. Kultura pracy iście japońska. Niestety, kimono Jasi okazało się potargane i mocno zużyte przez nieznanych mi wcześniejszych użytkowników aparatu. Podobno ten model miał wyjątkowo nietrwałą szatę zewnętrzną, którą łatwo było stargać. Swoją drogą wiecie, że kimona gejsz obrębiano od wewnątrz specjalnym ściegiem tylko po to, żeby w razie przypadkowego odchylenia szaty wzór fastrygi mógł zachwycić męskie oko? Podobną subtelność wykonania i funkcjonalności prezentowała sobą Jasia. A jej podły strój w ogóle mi nie przeszkadzał, zafascynowany byłem jej wnętrzem.

    Pierwszą randkę mieliśmy nad morzem, gdzie jeszcze poczynałem sobie z nią dość nieporadnie, ponieważ poprzednie doświadczenia z Zenitami uczyniły mnie osobnikiem nieco nieokrzesanym. Szczęśliwie dla mnie Jasia wytrwale znosiła moje końskie zaloty i z Sopotu wróciła brzemienna w kadry, tyleż banalne (morze jednak jest nudne), co niezapomniane. Wykazała się przy tym wiernością, rzetelnością w wykonywaniu powierzonych zadań i niezawodnością. Podła sukienka nie przeszkadzała mi dotykać jej z namiętnością nawet, gdy nie robiłem zdjęć. Swoją drogą, niekiedy bierze mnie chętka, żeby kupić jej nową zwłaszcza, że wybór jest duży, więc może nawet kupiłbym jej od razu dwie, jedną na zmianę. Na przeszkodzie stoi jednak nie skąpstwo, ale sentyment, wolałbym bowiem nie tracić wizerunku ukochanej takiej, jaką była w momencie, gdy rozgorzało we mnie głębokie uczucie do niej. Głupi to może sentyment, ale wolę z nim nie eksperymentować, a i Jasia chyba nie ma nic przeciwko chodzeniu w wytartym kimonie. W każdym razie nie protestuje. Być może też mnie kocha.

    „Te niedrogie aparaty wyrobiły sobie opinię niezawodnych, głównie ze względu na prostotę konstrukcji, wytrzymałą metalową obudowę i okleinę z tworzywa sztucznego. Dobrze znanym słabym punktem FX-3 jest okrywająca ją sztuczna skóra, która ma tendencję do niszczenia się już po kilku latach, ale na szczęście łatwo ją wymienić” – czytamy lapidarny i trochę jednak nieskładny komunikat na stronie Camerapedii.

    Poza nietrwałością garderoby wadą Jasi jest nadmierna gadatliwość objawiająca się dość głośnym kłapaniem lustra. W trakcie kłapania cała drży i wibruje, jakby – darujcie wyrażenie – szczytowała; owszem, krótkie, gwałtowne szarpnięcie podczas wyzwalania migawki ma w sobie coś z erotycznej namiętności, może nawet z orgazmu. To doprawdy niesamowite, ile energii eksploduje wtedy w jej drobnym ciele. Szkoda tylko, że hałas, jaki temu towarzyszy, jest zdolny obudzić sąsiada. Odradzam tedy uprawianie fotografii z Jasią późnym wieczorem, kiedy dźwięk niesie się najlepiej.

   Namiętność do Jasi kazała mi spróbować przygody z jej bardziej dojrzałą siostrą. Tak poznałem Yashicę FX-3 Super 2000. Różnica między siostrami polegała głównie na dodaniu czasu 1/2000 sek. oraz zmianie wyglądu niewielkiego gripu. Grip jest równie drobny, co i sama Jasia, jednak w jakimś stopniu mimo wszystko poprawia trzymanie jej w tańcu. Kiedyś jednak sprawił mi przykrą niespodziankę, o której teraz wam opowiem. No, dobrze, sam ją sobie sprawiłem obchodząc się niepoprawnie z bardziej dojrzałą z sióstr.

    Otóż, imaginujcie sobie, long long time ago, ten grip poluzował mi się i groził odpadnięciem. Wymontowałem go zatem zupełnie, obiecując sobie przy najbliższej okazji uzupełnić ubytek, i beztrosko wybrałem się w plener. Nawet nie byłem zdziwiony, kiedy po wywołaniu kliszy każda z klatek okazała się być malowniczo, resp. malarsko zaświetlona po brzegach. Tak zostałem artystą. Szybko też połapałem się, że światło wpadało przez otwory na śrubki, podstępnie umieszczone akurat nad szpulą odbiorczą. Z jakiegoś powodu nie przyszło mi do łba, żeby w otworach na korpusie nadobnej Jasi dostrzec coś więcej, niż tylko estetyczną dysharmonię. Człowiek uczy się na błędach i na… ciele Jasi.

    W tej chwili dysponuję małym haremem: jedną FX-3 i dwiema FX-3 2000 Super, a do tego jedna z tych ostatnich jest jeszcze dziewicą (z jakim drżeniem odpakowywałem ją z pudełka! Czekam teraz na wyjątkową okazję, żeby włożyć jej kliszę po raz pierwszy, bo pierwszy raz musi być wyjątkowy – wiadomo. Swoją drogą, ilu z nas i jak często ma okazję naświetlić błonę w dziewiczym aparacie?). Czuję przy tym, że to nie koniec rozbudowy haremu, bo jeżeli dobrze rozumiem swoje uczucia, to namiętność przerodziła się już w obsesję aż po fetyszyzm. Zupełnie mi przy tym nie przeszkadza, że Jasia pochodzi z dość pospolitego rodu popularnych lustrzanek użytkowych dla mas, bo będąc socyałem nie patrzę na takie głupoty. O jednym jednak wspomnieć wypada, oddajmy znowu głos Camerapedii: „Późniejsze modele Super 2000 pochodziły z Chin, a niektóre elementy zostały zmienione w celu obniżenia kosztów”. Po przeczytaniu tego przejrzałem na oczy i zrozumiałem, że jedna z moich Japonek jest Chinką, bo choć równie śliczna, co jej bliźniacza (?) siostra, to futerał ma tak miękki, jak stanowisko polskiego rządu w sprawie zniesienia wiz do USA. To była przykra niespodzianka zwłaszcza, że futerały starszych modeli były sztywne i twarde jak… tu brakuje mi stosownego porównania. Po prostu sztywne i twarde, wykonane z tworzywa lepszej jakości. Miękkość rzeczonego futerału trochę mi przeszkadza, ale tylko trochę, większy dyskomfort bierze się z pracy wyobraźni rozpościerającej przede mną wachlarz „niektórych elementów zmienionych w celu obniżenia kosztów”. Świadomość, że moja piękna Jasia ma wybrakowane wnętrze nie jest zbyt miła. Kocham ją jednak taką, jaka jest.

    Może nie jest idealna w sensie obiektywnym, platońskim, jako jednak rzekłem na początku, wybrałem drogę odwrotną: od niedoskonałości przedmiotu do imaginacji jego idei. Ukochałem sobie niedoskonałą Jasię o plebejskim pochodzeniu i arystokratycznie subtelnym wnętrzu i choć zdradzam ją notorycznie (najczęściej z pewną Majką), to jako pierwsza moja głęboka namiętność, ma też pierwsze miejsce w moim analogowo bijącym sercu.

(Felieton pierwotnie opublikowany w nieistniejącym już serwisie "Aparaty Tradycyjne" 2015-01-10 11:38:13)

wosk

26.03.2020 00:09:55

Ojojoj! To już pięć lat! Nadal kochasz? Eksperci piszą, że zazwyczaj po 3 - 4 latach gorące uczucie się wypala, potem już tylko przyzwyczajenie...

implicite

26.03.2020 09:58:14

Kocham, bo zdradzam. Najczęściej z pewną Majką. Oto powód dla którego miłość się nie wypaliła.

marek1953

28.03.2020 08:22:21

Poza Smieną, którą sprzedałem zbierając pieniądze na motocykl żadnego aparatu jeszcze nie sprzedałem. Kilku pozbyłem się drogą odstąpienia złodziejowi gdy ja spałem a on czuwał. Nic nie ma za darmo. Smienę po zakupie motoru kupiłem ponownie. 5 dniówek na budowie w 1970 roku i był aparat. 

implicite

28.03.2020 11:11:31

Smena za 1/4 miesięcznej pensji? To tylko prymitywne plastikowe pudełko puste w środku. Czyżby koszt wytworzenia takiego pudełka pół wieku temu był aż tak wysoki?

Lubię porównywać pod tym względem aparaty ze sprzętem audio. Wtenczas i jedno i drugie było astronomicznie drogie, chwilami ceny były porównywalne, a przecież amplituner lub wzmacniacz to konstrukcja nieporównanie bardziej skomplikowana od manualnej lustrzanki analogowej.

A i dzisiaj względnie prosta konstrukcja jaką jest hasselblad potrafi kosztować kilka razy więcej od całkiem przyzwoitego urządzenia wzmacniającego dźwięk.

marek1953

28.03.2020 17:08:45

Smiena kosztowała 450 zł. Powiększalnik węgierski 150 zł. Miesięczna pensja mauczyciela 1100 zł. Radio stereofoniczne lampowo tranzystorowe Chopin 13 300 zł. Telewizor Tosca 9700 zł. Tabliczka czekolady gorzkiej 20 zł. Suwak logarytmiczny 150 zł (sowiecki na targu 80). Wczoraj znalazłem suwak własnej produkcji. Więcej informacji można znaleźć w rocznikach statystycznych. Zlewozmywak nierdzewny 100$, radio tranzystorowe 100$, na te ceny zwrócił mi uwagę kolega, który był w sklepie PeKaO w Warszawie na ul. Czackiego. Jawa 350ccm tam stała za 360$. 1/2 litra wódki 0,95$.

implicite

28.03.2020 19:00:07

Nie pomnę już kiedy, raczej koniec lat 80., mały fiat kosztował 362 tysiące. Przynajmniej taka cena widniała przy wygranych numerach losów, które to losy sprzedawano nie tylko w kioskach, ale też i z samochodów, między innymi małych fiatów właśnie. Ciekawe kto pamięta owe losy: wyglądały jak listek gumy do żucia, obrywało się banderole po brzegach, odwijało papierek i czytało umieszczony tam numer. A potem sprawdzało się na wywieszonej za szybą kiosku lub samochodu liście czy numer coś wygrywa. A jeżeli tak to jaka jest wartość nagrody.

marek1953

28.03.2020 20:56:24

Pod koniec lat 80tych w Niemczech Audi 80, 10letnie, przebieg 70 000km kosztowało 450 DM (3 dniówki na czarno). Samochód był tani z powodu silnika benzynowego. U nas wtedy benzyna była na kartki. Olej do silnika był dostępny tylko w sklepach dla górników a filtr oleju nadawał się z traktora Ferguson. Cło było drogie. Jeśli ktoś nie miał pieniędzy na opłatę, celnik przywiązywał sznurkiem kierownicę do pedału hamulca i plombował. Wtedy należało odkręcić kierownicę, położyć ze sznurkiem i plombą pod fotel pasażera i założyć drugą kierownicę.